Kiedy my żyjemy! czyli recenzja “Szkaplerza Wandejskiego” Haliny Popławskiej

W dniu 10 marca 1793 roku w Wandei, francuskim departamencie leżącym w Kraju Loary, wybuchło rojalistyczne powstanie zbrojne wymierzone przeciwko rządom Zgromadzenia Narodowego. Rewolucja francuska oprócz haseł „wolności, równości i braterstwa” przyniosła także wiele zmian nieznanych ówczesnej Francji. Na krótko przed wybuchem insurekcji tradycyjnie chłopska i katolicka Wandea poznała prawdziwe intencje nowej władzy. Dekret Zgromadzenia Narodowego z 1793 roku miał powołać do wojska znaczną część prowincjonalnej młodzieży w czasie przypadającym na wiosenne prace w polu. Ponadto wrzenie w tych regionach Francji, które były tradycyjnie przywiązane do Kościoła Katolickiego, wywołało stopniowe zastępowanie księży wiernych Rzymowi księżmi gotowymi ślubować przed Republiką na Konstytucję cywilną kleru. Polakom, ruch kapłanów poddanych antykatolickiej władzy, powinien budzić skojarzenia z tzw. „księżmi-patriotami” – kapłanami wiernymi partii komunistycznej.

Rojalistyczne powstania w Wandei, Bretanii czy Andegawenii na stałe wpisały się do prawicowej i monarchistycznej mitologii jako romantyczne zrywy broniące – zupełnie niewinnego w konserwatywnej optyce – Ancien Regime. Wandea, chłopska i skromna, stała się przy tym symbolicznym argumentem legitymizującym słuszność władzy zdegenerowanych monarchów, tłustych bogaczy i skorumpowanego kleru. Taka narracja skutecznie zachęcała mnie do unikania prawicowej publicystyki, kiedy ta podejmowała powyższy temat. Pomimo tego, historia walczącej o wiarę i tradycję prowincji była dla mnie intrygująca, stąd zacząłem szukać wartościowych pozycji książkowych, które by tę ciekawość zaspokoiły.

Tak trafiłem na „Szkaplerz Wandejski” pióra Haliny Popławskiej. Na wstępie zaznaczyć należy, że nie jest to książka historyczna, czy nawet popularnonaukowa. Rozczarują się nią również ci, którzy szukają scen batalistycznych i szczegółowych opisów umundurowania czy broni. Pomimo tego książce udaje się oddać coś, czego nie są w stanie przekazać suche artykuły historyczne czy wzniosłe trybuty muzealnej prawicy. Pozwala ona bowiem poczuć atmosferę życia uciskanych Wandejczyków i powstańczej Armii Katolickiej i Królewskiej. I chociaż książka nie jest wstępem do debaty naukowej to emocjonalna, lecz wyważona, narracja prowadzona przez Halinę Popławską przenosi nie tylko rozum, ale i serce do walczącej Wandei.

Książka opowiada historię Panny Sydonii de Bellune, która uciekając z Paryża przed okrucieństwami Republiki trafia na wandejską prowincję. Młoda kobieta pochodzi z zamożnego szlacheckiego rodu, co samo w sobie oznaczało poważne kłopoty w nowym państwie francuskim. Zmuszona porzucić dotychczasową tożsamość opuszcza stolicę, aby szukać schronienia wśród swoich wandejskich krewnych. Niestety, ich również dosięgnęła Rewolucja, a główna bohaterka zostaje ujęta bez dokumentów i pieniędzy przez republikańskich żołnierzy. Ratunku udziela jej młody wandejski rzemieślnik, który przedstawia Sydonię jako swoją małżonkę. Gwenael Lennec ukrywa szlachciankę w swoim wiejskim domu, gdzie z czasem okazuje się, że jest on jednym z ochotniczych żołnierzy powstańczych sił zbrojnych.

Moją główną obawą, która opóźniała sięgnięcie po utwór Haliny Popławskiej było to, że powieść stanowić będzie romantycznej epitafium dla Ancien Regimu, które całkowicie pominie przyczyny wybuchu francuskiej rewolucji. Obawa ta okazała się jednak nietrafiona. Sydonii de Bellune, ukrywającej się jako Marta Lennec, przez całą historię towarzyszy silne poczucie winy klasowej. Dostrzega ona, że do upadku katolickiej monarchii doprowadziła degeneracja francuskiej arystokracji. Porzuciła ona rycerskie ideały średniowiecznej szlachty na rzecz balów, pijaństwa i rozpusty. Jako skorumpowany ujęty został nawet emigracyjny dwór królewski, na którym kontynuację znalazły intrygi i pijackie orgie.

W kontraście do bogatej arystokracji bezpiecznej na emigracyjnych azylach, jako ostatni wierni Chrystusowi i koronie Karola Wielkiego pozostali prości ludzie z prowincji. Awangarda powstania wandejskiego wywodziła się zresztą z rzemieślników, zubożałej szlachty, a nawet przemytników i drobnych złodziei. Pierwszym dowódcą walczących ochotników był zresztą Jakub Cathelineau – były akwizytor i człowiek bez żadnego doświadczenia wojskowego, ani szlacheckiego rodowodu. Losy żołnierza nazywanego „Świętym z Andegawenii” śledzimy w powieści Haliny Popławskiej dzięki historiom, które ustnie przekazują sobie wandejscy chłopi. Widzimy przy tym ich uczucia oraz słyszymy modlitwy za ludowego komendanta. Cathelineau w końcu umiera trafiony strzałem walcząc w pierwszym szeregu na ulicach Nantes.

W sprawę walczącej Armii Katolickiej i Królewskiej angażuje się również Sydonia, która oprócz pomocy w domu, szyje ochotnikom czerwone szkaplerze z Najświętszym Sercem Jezusa oraz napisem „Bóg i Król”. Przebywając wśród wandejskiego chłopstwa obserwuje jak powstańcy zbierają się w lasach, żeby walczyć z Republiką oraz wracają do swoich domostw, gdzie czeka na nich praca w polu i warsztacie. Życie ludowej partyzantki biegnie od mszy odprawianych w ukryciu przez niepokornych księży, potyczki z Błękitnymi, aż po ciężką pracę i życie społeczne. To ostatnie stanowi szczególną siłę prowincjonalnej wspólnoty, która przejmuje na siebie rolę lokalnej samopomocy, przekaźnika wieści oraz organizatora akcji zbrojnych.

W końcu do katolickiego powstania dołącza również szlachta, a ostatecznie nawet emigracyjna młodzież, która podejmuje próby walki z republikańską władzą. Sydonia podziwia męstwo walczącej arystokracji, lecz pomimo wysokiego urodzenia, nie decyduje się na powrót z nią związać. Halina Popławska, ustami chłopów, opowiada historię szlacheckich bohaterów takich jak Maurice d’Elbee, Charles de Bonchamps czy Henri de la Rochejaquelein. Ludzie ci, pomimo możliwości życia w dostatku, ostatecznie zostali męczennikami katolickiej Francji, a do walki wnoszą oni nie tylko swój majątek, lecz również doświadczenie wojskowe.

Jedną z głównych postaci, której historia przewija się przez całą powieść jest Francois de Charette. Były oficer francuskiej marynarki wojennej nieustraszenie walczy z Republiką i z czasem staje się jej wrogiem numer jeden. Przez pierwszą część batalii pozostaje on ze swoimi ludźmi niezależny od Armii Katolickiej i Królewskiej skupiając się na dywersji i działaniach partyzanckich. Okrzyknięty „Królem Wandei” napada na kolumny Błękitnych, wyzwala miasta spod władzy trójkolorowego sztandaru oraz, gdy trzeba, rozpływa się w lasach niczym duch. Halina Popławska poświęca wiele stron na stopniową konstrukcję osobowości wandejskiego generała. Z czasem bardziej przypomina on partyzanckiego zawadiakę, który nosi kapelusz ozdobiony białym piórem i trzyma przy sobie najbardziej fanatycznych ochotników niż arystokratę, którym był kiedyś. Charette ukazany jest jako ostatni wierny, który nie składa broni, gdy inni kapitulują oraz do samego końca trzebi republikańskich żołnierzy niczym wandejski bóg wojny.

W powieści nie zabrakło również miejsca na przedstawienie piekielnych kolumn Republiki oraz nantejskich topień. Ten przemarsz błękitnych wojsk spod trójkolorowego sztandaru nazywany jest pierwszym europejskim ludobójstwem. Rozkazy jakobińskiego generała Turreau oraz komisarza Carrier’a zakładały uczynienie Wandei ziemią spaloną, a Loary rzecznym cmentarzyskiem wszystkich lokalnych wrogów Republiki. A wliczając w to ich dzieci, kobiety, księży oraz zwykłych ludzi, którzy śmieli uczestniczyć w Mszach Świętych organizowanych przez kapłanów nieuznających Konstytucji cywilnej kleru. Co ciekawe, książka ukazuje również późniejsze konsekwencje sprawców ludobójstwa oraz próby podejmowane przez Republikę w celu odkupienia swoich win wobec wandejskiej społeczności.

Jednym z głównych wątków powieści jest motyw romantyczny, naszkicowany w ciekawy i zawiły sposób. Sydonia tęskni i pozostaje wierna swojemu narzeczonemu przebywającemu na emigracji. Szlachetnie urodzony żołnierz bronił królewskiego pałacu przed rewolucyjnymi bojownikami, lecz ostatecznie osiadł w Anglii, gdzie stopniowo popada w cynizm i oddala się od walki z Republiką. W międzyczasie powoli pomiędzy Sydonią, a jej wybawcą rodzi się platoniczna więź miłosna, tamowana wiernością głównej bohaterki oraz poczuciem różnic stanowych przez Gwena. Pomimo tego wandejski ochotnik, który pomaga lokalnej społeczności, walczy w awangardzie wojsk Armii Katolickiej i Królewskiej oraz ciężko pracuje fizycznie, pozostaje najważniejszym protagonistą całej powieści.

Utwór ilustruje również sukcesywną przemianę Sydonii de Bellune w Martę Lennec. Kształtowanie jej nowej tożsamości – wandejskiej wieśniaczki oraz oddalanie się od dawnego życia wśród bogactw i tytułów. Główna bohaterka jako głęboko wierząca katoliczka, patriotka oraz rojalistka z czasem dostrzega prawdziwą Francję w prowincjach Kraju Loary, a nie na salonach wielkomiejskiej arystokracji. W całej powieści czuć przy tym bliski mi motyw konfliktu liberalnego miasta z tradycyjną i wspólnotową wsią. Widać to między innymi, gdy wandejskie miasta witają republikańskie kolumny, a prowincje ukrywają partyzantów i modlą się za Charetta.

Książka przeniknięta jest duchem oporu wobec krwawej i antykatolickiej władzy, która przy pomocy sieci konfidentów i terroru wprowadza nowy porządek w biednym i tradycyjnym regionie kraju. Czytając utwór Popławskiej odnosiłem wrażenie, że autorka próbuje wykazać paralelność pomiędzy wandejską partyzantką a polskimi patriotami walczącymi z obcą okupacją. Podobnie, chociażby w zakresie metod czy moralności, ukazani zostali republikańscy agenci, którzy do złudzenia przypominają funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. Niezależnie od tego na ile taka narracja była zamierzona jest ona skonstruowana w spójny i wciągający sposób.

Powyższe aspekty przekładają się na to, że uważam lekturę „Szkaplerza Wandejskiego” za wartościową pozycją dla każdego katolickiego dysydenta, któremu obca jest zarówno narracja nowego wspaniałego świata, jak i reakcyjnej mitomanii. Szczególna wartość jaka wiąże się z poznaniem losu wandejskich bojowników wynika nie tylko ze względów historycznych, ale również z ducha czasów współczesnych. Historia wielokrotnie zataczała koło, również niestety w zakresie działań władzy wymierzonych w ludzi wierzących. Obserwujemy to również dziś wraz z agresywnym antykatolicyzmem apologetów postmodernizmu. Oprócz tego, współcześni katolicy mogą czuć się porzuceni przez kapłanów zbratanych z liberalną klasą polityczną. Być może z podobnymi uczuciami zmagali się wierzący Francuzi obserwując księży składających przysięgi na Konstytucję cywilną kleru. Ponadto degeneracja elit, w tym elit religijnych, która wtedy doprowadziła do wybuchu wielkiej rewolucji, powinna stanowić przestrogę również dla nas. Szczególnie w kontekście współczesnego kryzysu Kościoła i autorytetu. Nie bez powodu niektórzy konserwatywni myśliciele uważali rewolucję francuską za gniew Boga. Czy współczesność też zmierzy się ze sprzeciwem Niebios za swoje występki?

M. | Rzeczy Nowe

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *